18
sty
11

Prawdziwe emocje.

Tak! Przepiękny moment na reaktywację! Sesja już pozdrawia z bliska szyderczym uśmiechem, więc mała porcja ignorancji się przyda – niech straszy gdzie indziej ;]. Piłka nożna ponownie wita nas na europejskich stadionach. Przerwa zimowa kończy się w poważniejszych ligach. PZPN natomiast dalej rozpieszcza naszych ligowych bohaterów. Niech chłopy mają czas na obejrzenie w spokoju kilku piłkarskich spotkań( prawdziwych piłkarskich spotkań), a co! Moja przerwa, jak teraz patrzę, trwała ‘niewiele’ dłużej. Po kilku miesiącach posuchy wracam do trafiania w klawisze. Panno Gramatyko, bój się zatem ponownie!

________________________________________________

Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej trwają w najlepsze. Jak to u nas często bywa, każdy jest teraz ekspertem szczypiorniaka, historię tego sportu ma na te kilka tygodni w małym paluszku, a każdy kto ma inne zdanie to chuj. Chuj dęty! Tradycja jest przecież tradycją, zmieniać ją głupio. Chociaż sam często siadam przed ‘sportową’ Dwójką, aby zabić wieczorne godziny trzymając kciuki za naszych sportowców (nie mylić z piłkarzami), to jednak z bycia pseudoekspertem zrezygnuje. Dziękuję, pozostanę przy formie piłki kopanej – dla wielu obecnie bardziej monotonnej. „Bo czym się można pasjonować przy wynikach 1:0, 2:1, 3:0 ?” Odpowiedzi jest wiele, np. taka. „Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe.”. Te słowa Kazimierza Górskiego do znudzenia są cytowane przez wielu sympatyków futbolu. Prostota i trafność tego stwierdzenia czyni je ponadczasowym. Kibic piłkarski nie uznaje zasady, że minuta trwa 60 sekund, a zwykłe spotkanie piłkarskie 90 minut. Gdy Twoja drużyna wygrywa, każda kolejna minuta jakby drwi z nas przedłużając się w nieskończoność. Sekunda jest minuta, a minuta godziną – żadne prawa tego nie opiszą. Sytuacja jest proporcjonalnie odwrotna w sytuacji, gdy gonić wyniku nie musi przeciwnik. W takich momentach liczba wierzących w Boga drastycznie wzrasta – wszyscy się modlą. W końcu pozostaje tylko nadzieja.

Dla kibiców Czerwonych Diabłów cuda istnieją, ale są błahe. Bo niby czym są przy wydarzeniach z finału Ligi Mistrzów z roku 1991? Wieczór ten w wyjątkowy sposób zapisał się w historii piłki nożnej, stał się jakby jego reklamą, wizytówką. Nikt nie wie, który finał był bardziej dramatyczny – Manchester – Bayern, czy Milan – Liverpool? Jednak nikt się nad tym bardziej nie zastanawia, bo po co? Pomiędzy pięknem i pięknem wybiera się dwa piękna. W takich sytuacjach warto być pazernym, aby móc to wszystko przeżyć. Cudna walka do końca w obu spotkaniach dała się kibicom we znaki, ale skupmy się teraz na spotkaniu z Barcelony. W 89 minucie Stefan Effenberg wybija piłkę na rzut różny. Sekundy mijają, a bramka Baslera wciąż pozostaje decydującą. I wtedy nagle stało się. Euforia angielskich kibiców. Mecz rozpoczyna się od początku. Lecz nieszczęśliwie dla Bayernu trwa niecałą minutę. Po niej jest już 2:1. Kibice są w amoku, piłkarze płaczą – jedni i drudzy. Nawet sir Ferguson przestaje rzuć gumę. Tego dnia piłkarska historia poczęła nowego syna.

Euro 2008 zostanie przeze mnie szczególnie zapamiętane. Czynnikiem decydującym były poczynania Turcji na boiskach Austrii i Szwajcarii. Ivan Klasnic po spotkaniu Chorwacji właśnie z reprezentacją Fatiha Terima nie potrafił znaleźć sposobu na pokonanie Turcji. „Właściwie to nie wiem, co doradzić Niemcom. Najlepiej w dwóch ostatnich minutach strzelić Turkom dwie bramki, może wtedy nie będą w stanie odpowiedzieć. Ale i to nie jest pewne. Nasz gol w przedostatniej minucie dogrywki na 1:0 okazał się niewystarczający. Wiedzieliśmy, że oni potrafią włączyć w końcówce turbodoładowanie. Grają wtedy szaleńczy, ofensywny futbol na złamanie karku. I za każdym razem przynosiło to rezultat.”

Rezultat ten dla wielu jest niepowtarzalny. Ponownie cytując najlepszego polskiego trenera w historii – „Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już to nie jest szczęście.” Więc patrząc na spotkanie Turków z Czechami z fazy grupowej, do głowy przychodzi tylko jedno pytanie: Jak to nazwać?

Także i polska piłka pozwala czasem, nam Polakom, wyskoczyć w geście euforii. Chociaż niestety takiej dumy jak Tureccy kibice pewnie jeszcze długo nie zaznamy, to jednak podobno „małe też cieszy”(ehe). Przeglądając spotkania z ostatniej dekady najbardziej w pamięci utkwił mi chyba strzał, którego owoce mogą (mam, głupią, ale nadzieje!) w końcu karmić nas do syta w najbliższych latach. I tym sposobem trafiamy na ul. Bułgarską.. 2 października 2008 roku na stadion Lecha przyjechała Austria Wiedeń. Waga spotkania duża – tradycyjnie chodzi o duży prestiż łączony z jeszcze większymi pieniędzmi za udział w fazie grupowej Pucharu UEFA. Po 90 minutach wciąż nic nie było rozstrzygnięte, potrzebna była dogrywka. W niej do 119 na tablicy widniał wynik 3-2, który premiował awansem ekipę z Austrii. Wtedy, jeden (niestety) z niewielu razy oglądając spotkania z polskim akcentem, zdarzyło mi się pochwalić w chacie przedziwnym tenorem (no gdzie mi tam do basu).

Jest czym się więc pasjonować i w piłce nożnej. Akurat tutaj nawiązałem tylko do szczegółu całości, jakże pięknej, prawdziwej, naturalnej i ciekawej. Chociaż wiem sam, że na futbol choruję, to jednak ta infekcja jest przeze mnie pożądana. Delektuję się nią, bawię i wykorzystuję w całości. Więc trwam w tym dalej, czekając na kolejne, lecz tym razem futbolowe, mistrzostwa.

_________________________________________________

Teraz, jakże przyjemnie, wracamy do sesji. Podstawy Socjologii witają!

06
lip
10

Więzienie Hornby’ego

Dzisiejsza tematyka trochę bardziej ogólna. Literatura + piłka nożna. Pięknie!

Czytam w miarę dużo książek. Mam swoich faworytów w okładkach, kilka wpadek w dziale ‘przeczytane’, wiele zaskoczeń w związku z treścią – dobrą treścią. Najczęściej kryminał jest następcą jakiejś biografii, moje gatunkowe koło czytelnika raczej jest małe. Ostatnio przyszła ponownie kolej na biografię i muszę przyznać, że dawno już żadna książka nie uzależniała mnie tak od każdej kolejnej strony. Podczas jej czytania zastanawiałem się jak to jest – ja połykam kolejne strony, czy to one połykają mnie ? Niemniej dalej siedząc w niepewności jak to z nią jest, jedno wiem na pewno – Nick Hornby, angielski pisarz współczesny, pisząc „Futbolową Gorączkę” zrobił mi prezent, ponieważ pozycja ta w stu procentach odzwierciedla fakt, jak bardzo miłość do kibicowania i interesowania się sportem może ułożyć nasze życie. Obowiązkowa pozycja dla fanatyków piłkarskich, a także dla ludzi twierdzących, że piłka nożna to jedynie głupie bieganie 22 ludzi za okrągłą kulą (czytaj:obowiązek dla każdego).

Wpis ten na pewno różni się w dużym stopniu od swoich poprzedników, ale dalej kręci się tak naprawdę wokół piłki nożnej. Na początek od razu dodam, że moje zamiłowanie tą dyscypliną sportu jest praktycznie niczym, patrząc na obsesje Hornby’ego. Jeśli porównać, że angielski pisarz siedział w piłce nożnej, niczym w strzeżonym przez pluton wojskowy więzieniu znajdując się w obskurnej, betonowej celi, to ja proporcjonalnie do swojego zainteresowania futbolem siedzę jedynie w szklarni ogrodowej, z której ucieczki nie utrudni mi raczej będący jedynym obserwatorem strach na wróble – porównywać nie ma prawdę mówiąc nic, dlatego też i przykład stał się taki mizerny. Jednak jakiś tam ułamek mojego poświęcenia pozwala na lekkie utożsamienie się ze słowami zapisanymi na 296 stronach .

Fascynacja i kibicowanie jest czymś zupełnie innym niż pasja np. związana ze słuchaniem muzyki i chodzeniem na koncerty. Wraz z zainteresowaniem losami jakiegoś klubu ( bądź reprezentacji) człowiek uczy się np. czym jest [b]nadzieja[/b]. Gdy Twoja drużyna przegrywa w kluczowym momencie spotkania 1:0, to nawet gdy do końca pozostają sekundy nigdy nadzieja na zwycięstwo nie umiera, a przed oczami przypominają się mecze typu Bayern z Manchesterem, czy Anglii z Francją – oni mogli więc [b]wiara[/b] pozostaje. Czasami kiedy ciemne chmury kłębią się nad naszą ukochaną drużyną, to owa wiara i [b]opanowanie[/b] powoduje, że dalej trwamy przy jej boku. Także [b] zaangażowanie[/b] oraz [b]poświęcenie[/b] kształtuje się, gdy napotykamy kolejne trudności związane z dojściem na stadion drużyny.

Oczywiście mówiąc o tym nie śmiem stwierdzić, że mój charakter jest ukształtowany przez futbol. Nie, ja w kwestiach więzi z klubem jedynie raczkuje, chodzi mi o zrozumienie prawdziwych kibiców(powtarzam – kibiców). Dla osób takich jak Nick Hornby bycie kibicem nie jest już jedynie normalnym hobby. Tej pasji bliżej już do słowa ‘umiejętność’. Tak jak ktoś poświęcał każdy wieczór, aby rozwijać swoje talenty muzyczne, sportowe, czy intelektualne tak też autor „Futbolowej Gorączki” poświecił swoje życie kibicowaniu. Dla kogoś kto nie przeczytał tej książki słowa te są na pewno wygórowane. Także tak twierdziłem przedtem. Jednak wraz z każdym rozdziałem uświadamiałem sobie czym tak naprawdę jest miłość do sportu, a w sobie gromadziłem gniew związany z uświadomieniem sobie, kim tak naprawdę w świecie kibica jestem. Trzeba więc spróbować zapomnieć o kilku latach uważania się fachowcem w sprawach piłkarskich, usunąć się w cień i stamtąd jedynie klaskać nagradzając poświęcenie ludzi takich jak Nick Hornby.

Na koniec fragment książki który mi się najbardziej spodobał. Chodzi o porównanie sportu i życia. „ Sport i życie, zwłaszcza życie związane ze sztuką, nie są tak bardzo podobne. To wspaniałe że w sporcie wszystko jest okrutnie przejrzyste. Przykładowo, nie istnieje pojęcie złego biegacza na sto metrów, albo beznadziejnego środkowego obrońcy, któremu się poszczęściło. W sporcie każdy przypadek jest natychmiast wychwytywany. Nie ma także pojęcia nieznanego, genialnego środkowego napastnika głodującego na jakimś poddaszu, albowiem system wyszukiwania potencjalnych zawodników działa niezawodnie. (wszyscy są obserwowani). Istnieje jednak mnóstwo kiepskich aktorów, muzyków, pisarzy, zarabiających przyzwoite pieniądze, bowiem znaleźli się we właściwym miejscu o właściwym czasie, ewentualnie znali odpowiednie osoby lub pomylono się w ocenie ich zdolności, lub je przeszacowano. Pomimo to uważam, że z historii Gusa Caesara płynie istotny morał dla wszystkich ludzi którzy chcą czegoś dokonać i wierzą w swoje przeznaczenie (takiej wiary nie należy mylić z arogancja, Gus Caesar nie był aroganckim piłkarzem). Gus musiał wiedzieć, że był dobry podobnie jak każdy zespół muzyczny, który zagrał w Marquee, więc, że jego przeznaczeniem jest Madison Square Garden i pierwsza strona „New Musical Express”, a każdy pisarz, który przesłał pełną wersję książki do Faber and Faber wie, że tylko parę lat dzieli go od Booker Prize. Wierzysz w to całym sercem, masz świadomość siły i determinacji, które z tego czerpiesz, wiara płynie w twoich żyłach niczym heroina… i właściwie zupełnie nic nie oznacza”.

Chce się tylko wracać do takich fragmentów. Nic więcej nie ma co dopisywać. Niesamowity talent pisarski Hornby’ego umilił mi czas w ostatnich dniach. Tymczasem usuwam się w cień, sumiennie oklaskując fanów takich jak on. Ta książka była gorzką nauką.

________________________________________________

16
cze
10

Piłkarski boks.

Znów „zachwalając” swoją systematyczność trafiam na tego bloga, bo i okazja jest dobra. Mimo niezmiernie irytującej migającej żarówki postaram się trafić w odpowiednie klawisze i jakieś tam przemyślania na gorąco zapisać. W obozie Milanu obecnie trwa szukanie mega wzmocnień w 2 ligach azjatyckich, dlatego uwagę skupię na czymś innym. To ‘inne’ raczej jest oczywiste.

Mistrzostwa rozpoczęte i chociaż napisanie, że weszły w życie kibiców z wielkim hukiem jest stwierdzeniem wygórowanym, to jednak u większości i tak ten malutki trzask spowodował, że w wielu domach zachwyt nad głosem Iwańskiego, czy Jasiny wygrał m.in. z finałowym odcinkiem Tańca z Gwiazdami. RPA w planach miało być przełomowe, niezapomniane. Mimo, że niczym intro w piosence Comy pt. „Sierpień” wydarzenie to na razie powoduje, że nasze powieki systematycznie chcą dać odpocząć oczom, to jednak wciąż pozostaje nadzieja, że po pierwszej ‘bezpiecznej’ kolejce, wejście w zwrotkę będzie jak w w/w utworze dużo bardziej żywe.

Opisywanie każdego kolejnego meczu sensu raczej nie ma. Kto chciał, widział wszystko na własne oczy, a reszta niech (nie)żałuje. Ja, mimo ogólnoświatowej krytyki związanej z mała ilością bramek, czy piłki nożnej „z pod znaku Serie A”, na razie opinię mam raczej pozytywną. Niech mi ktoś przypomni w którym Mundialu, ME, czy nawet w Lidze Mistrzów po zakończeniu pierwszej kolejki można było stwierdzić, że piłkarze tworzą piękno każdym zagraniem. Mecze najbardziej pamiętne, najciekawsze i ponadczasowe mało kiedy odbywały się automatycznie po starcie. Można przypomnieć dla sprzeciwienia się np. mecz Senegal – Francja z azjatyckich boisk, ale statystycznie na około 5 lat Polska reprezentacja też zagra(nie chodzi o samo uczestniczenie) jakiś mecz. Ostatnio np. z Tajlandią, o!

Nie wiem, może zamiłowanie włoską piłką oraz kibicowanie Naszym Orłom spowodowało, że kopanie piłki na wysokości własnego pola karnego stało się dla mnie ekscytujące. Wszystko ma swój urok – zamiast oglądać ‘macanie’ się 100 kilogramowych byków w wadze ciężkiej, można przełączyć na transmisję wagi koguciej i oglądać dotykanie się po twarzy z częstotliwością migających fleszy na widowni. Mój gust pozostanie moim i tak każde przekonywanie ludzi do piłkarskiego boksu wagi ciężkiej zawsze kończyło się fiaskiem. Jednak zdziwienie, że nagle żadna reprezentacja nie rzuciła się z ustawienie 2-3-5 na swojego przeciwnika mnie… dziwi (na marginesie- żarówka coś przez dłuższy okres czasu już nawet niestety nie miga.). Obecnie rozpoczyna się nie tylko kalkulacja, ale także mecze o wszystko. Mało bramek, dużo remisów oraz słaba gra faworytów da (bo musi dać) pożywne owoce w postaci walki o każdy metr boiska. Już pierwsze zespoły grają z nożem na gardle ( zastanawiam się, czy ta przenośnia ma dalej znaczenie metaforyczne dla kadrowiczów Korei Płn.) i gra na ‘zero z tyłu’ schodzi na dalszy plan. W ostateczności na spotkania grane przez Squadra Azzurra ;]

Chciałbym wspomnieć jeszcze trochę o reprezentacji Hiszpanii. Dla większości wynik w meczu ze Szwajcarią jest dużym szokiem (oczywiście nie twierdzę, że ja wśród tej ‘większości’ nie jestem). Ten mecz jednak pokazał, że główny faworyt do końcowego zwycięstwa może mieć dosłownie przerąbane. Geniusz piłkarski każdego kolejnego hiszpańskiego zawodnika powoduje, że żadna drużyna o zdrowych zmysłach nie będzie starała się narzucić im swojego stylu gry. Paradoksalnie – spotkania z krajami takimi jak Szwajcaria mogą być dla nich najtrudniejsze, bo jeśli dana reprezentacja ma dobrych obrońców, zamknięcie się na własnej połowie może być kluczem (ba, jedynym kluczem!) do sukcesu w spotkaniu z Hiszpanią. Kiedy Villa i spółka stawali się Mistrzami Europy, nikt tak naprawdę prędzej nie chwalił ich za styl. Zwykła Hiszpania – grająca pięknie i przegrywająca tragicznie. Wypominano brak Raula, szukano problemów, a oni grali swoje, aż do meczu finałowego. Obecnie balon jest napompowany wielkimi nadziejami i Del Bosque musi się nieco postarać, aby one nie okazały się z złudne. Dla nas lepiej, lepiej dla widowiska i lepiej dla posiadaczy wuwuzeli.

Dzisiaj niestety gospodarz już raczej pożegnał się z udziałem w imprezie. Urugwaj na razie zasługuje na miano czarnego konia, chociaż w sumie i na takie stwierdzenia za szybko. Jutro po 13:00 ponownie zasiądę przed telewizorem i poczekam na wielkie bum. O jego brak się nie boję.Tylko najpierw jeszcze zmienię cholerną żarówkę…

__________________________

Następny wpis: Po drugiej kolejce spotkań (opcjonalnie przy dalszych ‘nudach’ dopiero po zakończeniu fazy grupowej).

PS: Najebałem zdjęć jak w dobrym portfolio.

27
kwi
10

Lustro dziennikarskie.

Klawisze zakurzone, rozlany sok skutecznie zastąpił dobrej jakości klej. Fragmenty jajka wielkanocnego, ukryte między ‘A’ i ‘D’ oraz ‘B’ i ‘H’, godnie rywalizują w zapachu z niejednym odświeżaczem z kolekcji „Brise”. Po długiej przerwie w pisaniu różnych wypocin trzeba tu posprzątać i trochę odświeżyć. Nie będzie planowanego wpisu o Primaverze Milanu, dzisiaj zadziałamy jednodniową ochotą napisania zwykłych przemyśleń. SUCHE fakty raczej przy takich porządkach wiele nie pomogą. Wracając do tematu (a raczej go zaczynając) muszę przyznać, że ostatni news na weszło.pl, dotyczący Lewandowskiego i jego transferu, trochę mnie zaciekawił. Będzie krócej, ale liczy się gest! Uwierzcie, nie sąsiaduje on z odpowiednikami gestów Pawełka i Iwańskiego ;]

Podczas czytania tekstu na ‘Weszło’ postanowiłem pominąć Matusiaka i wspomnieć inne transfery ostatnich lat, które miały promować polską piłkę. Hałasu narobiły perypetie (wyrzucam losowo z głowy) Karwana, Frankowskiego, Piechny, Niedzielana, czy Mili. Media co chwile podawały bardziej lub mniej sprawdzone informacje i przy tytule „Transfer dekady” jedynie zmieniały nazwisko. Polak lubi sobie słodzić i taka sytuacja towarzyszyła przy każdym kolejnym oknie transferowym. Przyszłość jednak często bywała okrutna i w większości przypadków opinie wypisywane w „GW”, „Fakcie” i „PS” z czasem zanikały przykryte bardziej rzetelną, choć bolesną prawdą. Zawodnicy potrafiący na polskich boiskach błyszczeć, a swoją grą zachwycali w każdy kolejny weekend, nagle po przeprowadzce za granicę chociaż nadal zachwycali, to jednak już jedynie bezradnością. Szukając powodu takiej sytuacji trudno znaleźć stuprocentowo trafne uzasadnienie. Niektórzy twierdzą, że wszystko nadmuchują media, a piłkarzom biegającym przy ul. Bułgarskiej, Reymonta, czy Traugutta odbija sodówka i ciężkie treningi schodzą na dalszy plan. Drudzy są zwolennikami teorii D. Petrescu, która przedstawia polskiego kopacza w świetle leniwego i mało ambitnego sportowca. Podstawowe umiejętności wystarczają do brylowania na krajowym podwórku, jednak za granicą bez pełnego zaangażowania brakuje już cegiełek do zbudowania sukcesu. W co więc uwierzyć?

Bartosz Karwan

Druga teoria na pewno jest dobrą wymówką, a zarazem stwierdzeniem pozwalającym nam na sławne polskie narzekanie na innych. Może i Rumun trochę prawdy miał, ale jednak nie zapomnijmy, że to co się świeci nie musi mieć największej wartości. Gdy obiektywy aparatów skupiały swoją uwagę na w/w piłkarzy, w zupełnym cieniu Ci „słabsi” postanawiali także spróbować swoich sił gdzie indziej. Kiedy Majewski przechodził z Polonii do Nottingham Forest dziennikarze tylko czekali gdy wróci z podkulonym ogonem i z sowitymi siniakami do Polski. Ireneusz Jeleń we Francji miał jedynie trochę pozwiedzać, a przy okazji więcej zarobić. Ocenianie Grzegorza Rasiaka do dzisiaj jest w cenie. Łukasz Załuska natomiast miał się zająć polepszeniem statystyki strzelanych goli na szkockich boiskach. Piłka lubi płatać figle i często teoria odbiega od praktyki. Zawodnicy Ci od dziennikarzy otrzymali wróżbę ciemnych chmur, które paradoksalnie spowodowały że Jelenie i Załuski twardo stąpają po ziemi, walcząc systematycznie o swoje.

Ireneusz Jeleń

Ireneusz Jeleń

Więc jak to jest z tą mentalnością? Czy naprawdę polski piłkarz = zły piłkarz ? Może to jednak my – udawani fachowcy –  nie potrafimy odnaleźć odpowiedniego ‘towaru’ do wypromowania za granicą? Wciąż patrzymy ślepo w młodych 27-letnich braci Brożków, czy w ‘najlepszego’ polskiego defensora – Arkadiusza Głowackiego. Czas jednak nieubłaganie leci, a wiślacka trójka wciąż pełni jedynie funkcje budowania potęgi Wisły. Mimo, że Lewandowski i w mojej ocenie ma ogromny potencjał, to jednak przeszłość pokazuje, że lepsze dla niego będzie, jeśli dziennikarze skierują swoje pióra na innych. Odbicie w dziennikarskim lustrze jest niesamowicie mylące.

_____________________________________________

Myślę, że nowa słowa trafią tutaj dopiero w połowie maja. Tematu już teraz zapowiadać nie będę.

Pozdrawiam, Leliv.

03
mar
10

2:0 i wracamy do ligi.

Jupitery już zgasły przy Konwiktorskiej. Polska sprawiedliwie odprawiła Bułgarów z dwiema bramkami. Mimo, że ten mecz raczej trafi do kategorii „jeden z wielu”, to jednak kilka pozytywów w tym pojedynku na pewno znaleźć można. Nie wydaje mi się, że jakiś wpływ na to miały ‘obsydianowe stroje’, chociaż podobno w piłce wszystko jest możliwe.

Za swoje własne osiągnięcie dzisiejszego wieczoru mogę uznać fakt, że wytrzymałem dzielnie z panem Iwańskim, który tradycyjnie w ostatnim czasie wystawiał mnie na ciężką próbę walki z ziewaniem i ciężkimi powiekami. Zastanawiam się czy owy komentator już zaczął obgryzać paznokcie przez fakt, że wielkimi krokami zbliża się wiosna. Ta pora roku przyniesie (mam nadzieję!) ocieplenie, które niestety zabierze mu firmowy tekst nawiązujący do złej/twardej/zmarzniętej/lichej/kiepskiej jakości murawy. Patrząc na fakt, że Bułgarzy biegali dzisiaj po czerwonych dywanach, a nasi zawodnicy są przyzwyczajeni do gry w gorącej Rosji ( Kowalczyk, Murawski), słonecznej Anglii (Majewski, Kuszczak), czy w końcu w Polsce, gdzie infrastruktura jedynie na Polonii odbiega od najwyższych norm, ten dialog wspaniale usprawiedliwiał naszych graczy w nieudanych zagraniach. Strach pomyśleć co by było gdyby TVP wykupiło transmisje z 4 ligi. Może wtedy nawet iławskie trawy prosto z ROLIMPEX-u miałyby darmową reklamę dzięki Iwańskiemu.

Przechodząc do wydarzeń na boisku od razu zacznę od pozytywów. Cieszy mnie sposób w jaki do kadry wprowadza się Kamil Glik i Maciej Rybus. Były obrońca Realu Madryt (o, jakże pięknie to brzmi) pokazał nam dzisiaj, że praca w szkółce hiszpańskiego klubu zaowocowała dobrym czytaniem gry i agresją w dobrym tego słowa znaczeniu. Pierwsza połowa dała nam zarys talentu Kamila i mimo, że po wejściu Bożinowa w grę Polaka wkradła się nerwowość ( szczególnie widoczna przy walce o górne piłki) to fakt, że Franciszek Smuda jest odpowiedzialny za przygotowanie naszego defensora do Mistrzostw Europy od razu uspokaja. Ciekawie wyglądała także bezpardonowa gra wspomnianego już wyżej Rybusa. Widać po strzałach z dystansu, że ufa w swoje umiejętności. I dobrze, bo skoro je posiada to czemu ma się z nimi kryć? Kolejnym cieszącym aspektem jest postawa Roberta Lewandowskiego. Nie przypominam sobie napastnika w reprezentacji Polski, który przy ustawieniu 4-5-1 w ostatnim czasie tak dobrze pasował do roli odgrywającego. Zastawianie się, gra głową, walka w powietrzu – to wszystko potrafi zrobić Lewandowski. O dobrym strzale wspominać już mi głupio, bo dodanie przy opisie zalet tego napastnika tej umiejętności nie bije jakoś odkrywczością.

Wyliczając negatywy i rzeczy do zmiany zacznijmy od pozycji nr.1 w reprezentacji – bramkarza. Chociaż Tomasz Kuszczak według mnie ma papiery na strzeżenie polskiej bramki przez najbliższe x lat, to jednak ławka w Manchesterze mu nie służy. Pozycja na której gra ten zawodnik wymaga stabilności, rozegrania, pewności siebie. O te cechy niezmiernie trudno jeśli okazję na zaprezentowanie swoich walorów dostaje się jedynie przy okazji kontuzji rywala o skład. Sprawa ta dotyczy także Łukasza Fabiańskiego, którego sytuacja jest dokładną odbitką historii Kuszczaka. Nie będę już skupiał się na złym wyjściu do dośrodkowania (swoją drogą: widział ktoś jak dobrze Bułgarzy przed tym zdarzeniem rozegrali piłkę na kilku metrach krótkimi i szybkimi podaniami? Klasowe.), wystarczy tutaj przytoczyć wykopy piłki – jeżeli już pozostaje jedynie wykop na aut, to nie można tego robić w taki sposób, że przeciwnik ma zaraz okazję do wyrzutu z wysokości boiska. Zastanawiałem się czy nie przydałaby się lekcja Kuszczakowi przeprowadzona przez, Rory’ego Delapa. Ten pan z chęcią wykorzystał by takie wyrzuty z autów do stworzenia zagrożenia pod bramką.

Jednak najbardziej w oczy rzucił się ponownie ten sam problem. Niestety, problem z bocznymi obrońcami w Polsce ciągle jest aktualny, a wszystkich którzy mieli nadzieję, że ta wada jest przeszłością, ze snu wybudzał z niesamowitą stanowczością Marcin Kowalczyk. Do tak niskiego poziomu prezentującego się na tej pozycji nawet nasza kadra nie przywykła. W obronie nerwowy, niepewny. W ataku nie istniał praktycznie w ogóle, tylko z trzy razy spróbował znaleźć Roberta Lewandowskiego. Chociaż za każdym razem pole karne znalazł, to jednak chyba nikt mu przed meczem nie wspomniał, że… nie chodzi jednak o te z boiska treningowego. Gra w odbiorze w jego przypadku jeśli już przypominała piłkę, to jedynie ręczną – takiego łapania przeciwnika nie powstydziłby się nawet Mariusz Jurasik. Sądzę, że gdyby nagle na boisku pojawił się wracający prosto z dwugodzinnej rehabilitacji Wasilewski, poziom z prawej strony byłby wyższy. Eksperyment z Dudką na lewej obronie także zupełnie nie wypalił. Nasz reprezentant musi ponownie wrócić do ciągłej gry na wysokim poziomie. W innym przypadku miejsca w kadrze dla byłego zawodnika Wisły Kraków może zabraknąć.

Ogólnie więc, jak już pisałem wyżej, podtrzymuje zdanie na temat przydatności tego sparingu. Cieszy fakt, że nie tylko Tajlandia jest obecnie w zasięgu naszych kopaczy. Miło się oglądało wyłączonego z gry Berbatova. Bułgar musi prezentować wyższą formę, aby stać się kluczowych zawodnikiem Czerwonych Diabłów. Na razie obrał dziwną taktykę. Ktoś już chyba uniesiony kołnierzyk do góry na Old Trafford prezentował. Każda metoda na zbliżenie się do mistrza podobno jest dobra ; )

______________________

Zapraszam serdecznie ;  ]

Edit:  Nowy wpis niestety się trochę opóźni. W związku z napiętym harmonogramem ostatnich dni oraz faktem,  że brakuje mi jeszcze informacji potrzebnych do nowego wpisu, wyduszę coś na klawiaturze dopiero pod koniec tygodnia. Tematem najpewniej będzie Primavera Milanu ;)

Leliv.

02
mar
10

Bułgarski głód sukcesów.

Mistrzostwa Świata w piłce nożnej z 1994 roku większość kibiców kojarzy z przestrzelonym w finale rzutem karnym przez Roberto Baggio. To pudło dało zwycięstwo wielkiej Brazylii, która w Stanach Zjednoczonych ponownie pokazała, że w ich przypadku sukcesy zawsze idą w parze z finezja, techniką i pięknem. Blask którym świecił Romario został nagrodzony i słynny strzelec 1000 bramek został wybrany graczem turnieju. Jednak nie tylko w Brazylii fiesta po zakończeniu mistrzostw trwała długo. Bałkany, a dokładniej Bułgaria wybuchły z radości kiedy to Christo Stoiczkow wraz z partnerami doprowadził swoja narodową reprezentację do półfinałów. Mimo kolejnych porażek z reprezentacją Włoch i Szwecji radość nie wyparowała, a Bułgarzy zostali przywitani w Sofii jak bohaterzy narodowi. Bałkany pokazały swój charakter i potencjał. Każdy przeciwnik miał od tego momentu z należytym szacunkiem i respektem podchodzić do spotkań rozgrywanych przeciwko reprezentacji Dimityra Penewa. Miał, ale przyszłość okazała się niestety dla Bułgarii okrutniejsza i od tamtego czasu radość w sporcie raczej dają im siatkarze lub zapaśnicy. Mimo braku sukcesów piłkarskich na arenie międzynarodowej sport ten ciągle zajmuje dużo miejsca w sercach Bułgarów. Rozczarowań w ostatnich latach nie ma końca, jednak w razie kryzysu i zwątpienia zawsze można odszukać na strychu zakurzone kasety wideo, przeczyścić głowicę w magnetowidzie ORION i ponownie z łzami w oczach pasjonować się wspaniałymi zagraniami w wykonaniu Stoiczkowa, Barakowa, czy Kostadinowa. To właśnie te nazwiska w Bułgarii znaczą tyle, co w Polsce Deyna, Szarmach, czy Lato.

Ostatnie eliminacje do MŚ w RPA miały być powrotem do złotych czasów sprzed 16 lat. Nazwiska na koszulkach ponownie stały się mniej anonimowe, a grupa do której trafili Bułgarzy na pewno znajdowała się w ich zasięgu (Włochy, Irlandia, Cypr, Czarnogóra, Gruzja). Apetyt na sukces rósł w szybkim tempie, a łzy dumy spływające po policzkach, powracające w miejsce łez rozczarowania, stawały się coraz bardziej realne. Balon został napompowany, nadzieja rozpychała go od środka  z niesamowitym ciśnieniem. Wydawało się, że tym razem zawiedzie jedynie odwołanie mistrzostw. Jednak jak się okazało mundial jest już gotowy na przyjęcie najlepszych drużyn świata. Niestety dla Bułgarii, stare kasety wideo będą musiały wytrzymać przynajmniej kolejne dwa lata – awans pozostał jedynie marzeniem. Powodem był tragiczny początek eliminacji. Dopiero w piątym meczu udało się zgarnąć trzy punkty. Na przebudzenie jednak było już za późno ponieważ i Włochy i Irlandia nie miała zamiaru czekać na przeciwnika. Rozgoryczenie Bułgarów było ogromne, szybko zaczęto poszukiwania powodu słabszej formy. Tradycyjnie jak to w piłce nożnej bywa, ofiarą okazał się selekcjoner. Płamena Markowa na tym stanowisku zmienił Stanimir Stoiłow i to właśnie on dokończył nieudaną drogę do RPA. Warto jednak dodać, że i ten trener nie okazał się cudotwórcą, co doskonale obrazuje na przykład wysoka porażka 4:1 z Cyprem. Były trener Liteksu dobrze wie, że eliminacje Mistrzostw Europy 2012 nie mogą ponownie w kartach historii zostać zapisane jako ‘nieudane’. Grupa (Anglia, Szwajcaria, Walia, Czarnogóra) znów na papierze wygląda dobrze. Ba, ale my jak mało kto dobrze wiemy, że nie zawsze to co wydaje się osiągalne w teorii, ma swoje dokładne odbicie w praktyce.

Na boiskach polskie ligi raczej nie występuje wielu Bułgarów. Arka Gdynia przed sezonem zakontraktowała byłego reprezentanta  – Stojko Sakalieva. Bułgarski „Magik” niestety dla kibiców z Pomorza okazał się czarodziejem bez różdżki, chyba że niefortunnie zaczarował swój instynkt do strzelania bramek (na razie w meczu ligowym nie udało mu się unieść rąk w geście radości). Gdy przed debiutem można było oglądać jego wyczyny jedynie na serwisie youtube.com, niecierpliwość związana z jego premierowym golem rosła. Jednak znów Internet okazał się nie do końca wiarygodnym scoutem, a przekonał się o tym dyrektor sportowy Arki, który jeszcze przed sezonem zachwalał zawodnika, korzystając z przymiotnika „skuteczny”. Sakaliev ma jednak w składzie Arkowców rodaka, a jest nim Lubomir Lubenow. Wychowanek CSKA Sofia często wychodził w ostatnim czasie w podstawowym składzie. Najepsze wrażenie sprawia na pewno Ilijan Micanski. Napastnik Zagłębia Lubin grał już w sumie w pięciu polskich klubach, a obecnie po wspaniałych występach na zapleczu Ekstraklasy ponownie walczy z „Miedzianymi” na najwyższym szczeblu rozgrywek. Tutaj o bramki na pewno już ciężej, dlatego i bilans nie jest już tak ciekawy (tylko 3 trafienia).

Wracając do reprezentacji – największym problemem Bułgarów jest defensywa w której brakuje graczy którzy zagwarantują spokój. Radostin Kisziszew, były kapitan Charltonu Athletic ma już na karku prawie 36 lat i raczej bliżej mu w planach do zakończenia piłkarskiej kariery, niż do walki o ME. Rosen Kiriłow już zakończył przygodę z piłką, a następców nie widać. Jeżeli Berbatov, Bożinow i Petrov chcą spełnić swoje marzenie (pfuu, marzenie całej Bułgarii!) i w końcu usłyszeć swój hymn grany podczas wielkiej imprezy to wydaje się, że  teraz jest na to największa szansa. Nasza reprezentacja już w środę będzie miała okazję sprawdzić na jakim poziomie budowy znajduje się kadra Bułgarii. Ja uważam, że sparing ten może okazać się bardzo wartościowym dla obu reprezentacji, ponieważ umiejętności Polaków są podobne, a faza przebudowy powinna przebiegać stopniowo – nie warto rzucać się od razu z motyką na Hiszpanię. Serce zawsze będzie stało za Polską, jednak sympatia do krajów bałkańskich także nie pozwala nie dopingować Bułgarów w ich odbudowie. Liczę jednak, że zastosują oni metodę nauki na własnych błędach i postarają się zniwelować je po porażce z Polską ;  )

_______________________________________________

Lenistwo trochę zatrzymało bloga, ale do jego zamknięcia jeszcze długo ; ) Najbliższy wpis w najbliższym tygodniu. O czym? Zobaczymy co moją głowę odwiedzi ;]

Leliv.

PS: Pozdrowienia dla Pawła W.

14
lut
10

Droga do Madrytu: AC Milan – Manchester United.

W najbliższy wtorek planowane jest ponowne ocieplenie. Niestety, nie pomoże to nam w walce z fałdami śniegu na chodnikach, ale dla fanów piłki nożnej jest i tak miłą nowiną. Z długiego zimowego snu budzą się rozgrywki, które od lat zachwycają poziomem, klasą i charakterem. Liga Mistrzów wraca ponownie na europejskie areny i przy tym wchodzi w najważniejszą fazę – pucharową. Kalkulacja związana z punktami w tym momencie staje się przeszłością, a na pierwszy plan wysuwa się poziom i stabilność formy. Każdy najmniejszy błąd może zaważyć nad dalszym losem potyczki, a nikt przedwcześnie z pociągu do Madrytu wysiadać nie zamierza. Siłą wyższą, aby zostały dwie najlepsze drużyny, ktoś musi po drodze zostać. Kto popełni najmniej błędów i 22 maja na Santiago Bernabeu będzie głównym aktorem spotkania finałowego? Pierwsza okazja do powiedzenia w dobrym stylu „dzień dobry” już 16 lutego.

Właśnie wtorkowy wieczór dla kibiców Milanu i Manchesteru jest obecnie najbardziej wyczekiwany. Mimo, że w mediach wciąż dominuje sympatyczna atmosfera i obie strony z przyjemnością wypowiadają się w samych superlatywach o przeciwniku, nie trudno dojść do wniosku, że podczas spotkania na boisku uprzejmości nie będzie. Niedawno w sezonie 2006/07 rozgrywki Ligi Mistrzów dały prezent kibicom piłkarskim i sprawiły, że na swojej drodze stanęły właśnie te dwa zespoły. W pojedynkach pełnych walki i zaangażowania lepsi okazali się Rossoneri, dając pokaz finezji w meczu na San Siro (wygranym 3:0). Włoski klub mimo, że w tamtym okresie przeżywał głęboki kryzys, to ponownie pokazał, że w momencie gdy dobra gra jest bardziej niż wskazana, potrafi niczym Fortuna w „Pieśni III” J. Kochanowskiego na przekór przeciwnikowi zagrać dobre spotkanie i postawić przedmeczowe opinie fachowców przed szyderczym śmiechem rzeczywistości.

Jeszcze w czwartek zastanawiałem się jak będą wyglądały moje przypuszczenia co do tego spotkania. AC Milan wygrał u siebie z Udinese 3-2 i ten wynik jedynie uświadomił mi, że… mętlik w głowie się powiększył. Trudno o prognozę scenariuszu, ponieważ ostatnimi czasy wyniki Milanu przypominają sinusoidę – po zwyżkowej formie zawsze była pora na kompromitację. Natomiast Manchester United mimo wpadki w formie remisu 1:1 z Aston Villą (chociaż od 29 minuty Czerwone Diabły grały w osłabieniu po czerwonej kartce dla Naniego) wciąż jest rozpędzony. Do lidera Chelsea traci tylko jeden punkt, a zadyszki u zawodników Alexa Fergusona nie widać. Teoretycznie w większości słychać opinie, że to goście z Anglii będą faworytem do awansu. Dla mnie jednak takie rozmyślenia pozostają w dziedzinie bezsensu, ponieważ przy okazji gdy dwie marki o takiej historii i klasie skrzyżują swoje miecze, nie ma miejsca na słowa pewności.

Warto zauważyć podobieństwo w pewnym aspekcie. We wtorek AC Milan i Manchester United zagrają bez swoich byłych gwiazd, które były maskotkami poprzedniego pojedynku – kolejno Kaki i Cristiano Ronaldo. Obaj Ci piłkarze, jak dobrze wiemy, są teraz kolegami z Realu Madryt. Następcą Brazylijczyka w zespole Leonardo jest jego rodak, Ronaldinho. Ostatnia potyczka z Udinese jeszcze raz przekonała mnie, że Ronnie znów potrafi czarować i z piłką ponownie jest na „ty”. W Manchesterze błyszczy (jak dla mnie to jest nawet niedopowiedzenie) Rooney, który po odejściu Portugalczyka już w 100 % przejął na swoje barki odpowiedzialność za skuteczność ManUtd. Ciekawym elementem potyczki będzie także osoba Davida Beckhama. Zawodnik ten został piłkarzem wielkiej klasy dzięki mistrzowskim szlifom Fergusona, a los teraz kolejny raz pozwoli mu wrócić na Old Trafford. Jednak na taką okazję poczekajmy do rewanżu.

Cieszy fakt, że Leonardo będzie mógł wystawić w ataku A. Pato. Ostatnio ten szybki napastnik zmagał się z drobną kontuzją, ale ta stała się już przeszłością i wydaje się, że to on będzie odpowiedzią Milanu na Rooneya. Dzisiaj natomiast nadeszła inna mniej ciekawa informacja dla fanów klubu z Manchesteru. Mówi ona o miesięcznej przerwie Ryana Giggsa od futbolu z powodu kontuzji. Ciągle pod znakiem zapytania stoi występ serbskiego obrońcy N. Vidica. Podobnie ma się sprawa w obozie Milanu, tutaj niepewny gry jest natomiast T . Silva. Na ostateczną decyzję czekają także Boriello i Mancini. Najbardziej brakowałoby tego pierwszego, ponieważ warunki fizyczne Marco mogłyby stworzyć większą przewagę w ataku. Każdy przecież wie, że piłka angielska to nie jest balet i prawdę mówiąc aż wymagany tam jest agresywny styl gry. Pewne jest jedno. We wtorek naprzeciwko siebie staną zawodnicy, którzy na pewno dadzą nam syty posiłek w postaci emocji. Która ze stron dozna pod koniec goryczy porażki? Pozostaje czekać.

Leliv.

___________________________

Następny wpis zapewne znajdzie się tutaj dopiero po wtorkowym spotkaniu. Teraz pozostaje jedynie zarezerwować miejsce w Matni i czekać do godziny rozpoczęcia ;)

09
lut
10

Podążając za innymi cz. 2

3.

Dzisiaj rozpoczynamy od razu od pozycji numer trzy. Trudno już mi pod koniec stawki wybrać mecz, który wzbudził więcej emocji od drugiego kandydata do zajęcia miejsca na najniższym stopniu podium. Najpierw przypomnę z przyjemnością spotkanie, które jest dalszą przygodą pozycji numer sześć. Dzień po pamiętnym wyeliminowaniu AC Parmy nie tylko w Polsce zapełniano luki w gazetach, prześcigając się w używaniu coraz to milszych epitetów na temat gry Białej Gwiazdy. Dla wielu niespodzianka której ofiarą padł włoski zespół była największym zaskoczeniem rundy, a samo zwycięstwo polskiego zespołu, od Lombardii po Sycylię odbiło się głośnym echem. Legia niestety nie wzięła przykładu z krakowskiego klubu i po kiepskich dwóch spotkaniach odpadła z Schalke. Oczywiście dla Europy zwycięstwo polskiej drużyny z renomowanym przeciwnikiem, nie mogło być sprawą oczywistą, ale już informacja o porażce „eLki” z wyżej notowanym zespołem raczej nie zajęła więcej miejsca niż reklama francuskiej firmy w dobrym i szanowanym włoskim magazynie.

Gdy w trzeciej rundzie Schalke na swojej drodze trafiło na Wisłę, wszyscy domagali się rewanżu. Rewanż to jednak na pewno słabe słowo, jeżeli przypomnimy sobie drugie spotkanie rozgrywane na nowoczesnym obiekcie w Gelsenkirchen. Znów pokaz niesamowitej siły i wielkich umiejętności. Widać było kolektyw i kto wie jakby wyglądała przyszłość, gdyby bramki Wisły strzegł kto inny. Ba, gdyby nie A. Hughes i jego błędy, gdyby nie śmieszna sytuacja z przekładaniem meczu z Lazio w następnej rundzie, gdyby… . Można tak w nieskończoność. Wołałbym jednak nie gdybać, a mieć pewność, że podobne mecze z polskimi drużynami w roli głównej w rozgrywkach europejskich będą co sezon sprawą jasną. Szkoda, że na takie czasy niestety muszę jeszcze poczekać i systematycznie przesuwam datę spotkania się ponownie z tymi samymi emocjami, którymi tak łapczywie chciałem się żywić podczas pamiętnej edycji Pucharu UEFA. Może w następnym sezonie?

PS: Oczywiście wiem, że ostatnio to Lech starał się zdziałać coś w PU, jednak w mojej ocenie klimat tej walki nie był ten sam i wyniki, czy przeciwnicy też inni.

3. Razem z Wisłą trzecie miejsce zajął mecz, który był jednym z pierwszych spotkań, umilających nam czas swoją wspaniałością w mijającej dekadzie. Wszystko działo się na boiskach Belgii i Holandii. Euro 2000 pozwoliło wielu osobom rozkochać się w futbolu. Ja skupię swoją uwagę tutaj jedynie na finale, co przy okazji w pewnym stopniu krzywdzi inne ciekawe spotkania z tego turnieju. Reprezentacja Włoch była faworytem tego spotkania, forma którą prezentowali od pierwszego meczu pokazywała wszystkim, że to oni mają ochotę podnieść w geście zwycięstwa Puchar Europy. Jednak historia nie raz pokazywała już, że słowa „oczywistość” w słowniku piłkarskim nie sposób znaleźć, a teoretyczne założenia skutecznością na pewno się nie sławią. Kiedy najpierw Wiltord przedłużył pod koniec regulaminowego czasu gry nadzieję trójkolorowych, a w dogrywce złotego gola (wtedy obowiązywała ta zasada) po pięknej akcji Piresa strzelił młodziutki wtedy jeszcze Trezeguet, święto futbolu zostało zakończone, zamieniając się w święto Francji. Kwestionowanie wielkości tego finału nie ma racji bytu. Podobnie próba opisania w słowach wspaniałości tego widowiska będzie wyglądać blado. Dlatego zapraszam do ponownego zapoznania się z materiałem, który pozwoli odświeżyć Wam wydarzenia z tamtego wieczoru.

2.

Dla wielu tak wysoka pozycja będzie pewnie niespodzianką. W mojej subiektywnej ocenie spotkanie to zasługuje na tą lokatę, a swoją ciekawość zawdzięcza nie tylko dzięki wysokiemu poziomowi, ale także atmosferze którą ten mecz otaczał. Wakacje, kolonia, pokój nr. 6. To właśnie tam wieczorami 15 osób wspólnie bawiło się w wybitnych fachowców, komentując każde kopnięcie piłki na pamiętnych ME w Portugalii. Większość przez całą imprezę zamęczała w uścisku kciuki za ekipę gospodarzy. Jedni zachwycali się bajeczną techniką, drudzy żelazną taktyką. Gdy okazało się , że finał połączy ponownie w boju drużynę Grecji i następców Eusebio (piękny mecz otwarcia) radość była jeszcze większa. Znów na tej liście znaleźć możecie spotkanie, które jest istną kopią walki Dawida z Goliatem. Zakończenie i teraz jest podobne, bo jak dobrze pamiętamy w ostatecznym rozrachunku to Charisteas i spółka nieoczekiwanie zwyciężyli. Samo spotkanie było pokazem solidnej i pięknej taktyki, którą na to spotkanie przygotował Otto Rehhagel. To napięcie, które towarzyszyło do ostatniej minuty… Nawet nazwisko „Ricardo” zapisane markerem na plecach nie pomogło. Znów wygrała nieprzewidywalność futbolu.

1.

Magia. To jest pewne, tego wieczoru swój pokaz zaprezentowała nam magiczna moc. 120 minut akcji, niesamowity bramkarz w końcówce, seria rzutów karnych i gorycz porażki. Nic nie zapowiadało takiego scenariuszu po pierwszej połowie gry. Jednak Liverpool pokazał, że nadzieja zawsze umiera ostatnia i postępując zgodnie ze spotem firmy „Nike” zademonstrował nam, że niemożliwe nie istnieje. Te dwie godziny tamtego wieczoru wycisnęło do ostatniej kropli, niczym z soczystej cytryny, wszystko to czego oczekuję od spotkania idealnego i mimo, że kwaśny smak porażki wciąż towarzyszy i brak mi na to zdarzenie zawsze kontrargumentów, to muszę przyznać, że to pierwsze miejsce jest zasłużone w stu procentach. Do dziś zastanawiam się w jaki sposób udało się Dudkowi obronić w ostatnich minutach strzał Schevy. Sam bohater tej akcji stwierdził w swojej biografii, że po tej interwencji był pewny, że nic złego już się zdarzyć nie może. Zawodnicy Milanu woleliby chyba odpuścić sobie te karne. Już przed pierwszą jedenastką byli przegrani. Później jedynie pozostało przyszłości dokonać niemożliwego.

________________________

Następny wpis poświęcony będzie spotkaniom, które zostaną rozegrane w ramach tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Planowana data dodania  – gdzieś około końca tygodnia.

Po zapowiedzi i późniejszym podsumowaniu LM pod lupę trafi reprezentacja Serbii.

Zapraszam,

Leliv.

04
lut
10

Podążając za innymi. Cz. 1

Mamy rok 2010, za dwa lata podobno wraz z organizacją Mistrzostw Europy niestety przyjdzie nam się pożegnać ze światem(patrząc optymistycznie trzeba przyznać, że to dobry moment na zwycięstwo w tym turnieju. Jak odchodzić to będąc niezwyciężonym, a co!). Jedni panikują, a drudzy natomiast robią wszędzie podsumowania dekady i zaczynają tworzyć w gazetach, programach publicystycznych, portalach internetowych, kończąc na blogach powtarzające się listy tradycyjnie brzmiące „10 naj… X ostatniej dekady”. Szablonowość trochę tandetna i nie ambitnie twórcza. Doszedłem do wniosku, że coś trzeba stanowczo zmienić. Tak być nie może, że … u mnie czegoś podobnego znaleźć się nie dało. Chociaż przyznam, że szukanie pomiędzy dwoma wpisami raczej nie wymaga nadmiernego wysiłku, to i tak dla dobra ludzkości, aby przez te dwa lata żyło Wam się lepiej zrobię dla czystej zasady i tutaj taką listę. Zapominając o samodzielnej drodze dążącej do oryginalności uzupełniam temat :

„10 Najciekawszych spotkań piłkarskich ostatniej dekady”

10.

Na początek przeniesiemy się do Azji, by jeszcze raz przypomnieć sobie Mistrzostwa Świata  w których w szczególnym stopniu, my Polacy pamiętamy ostatni mecz w wykonaniu podopiecznych Engela. Po ciężkim boju udało się wywieźć cenne trzy punkty, które niestety pechowo w ogólnym rozrachunku nie pozwoliły awansować naszym „Orłom” do kolejnej rundy. Wielu kibiców poprzez zrozumiały smak niedosytu zapomniało o spotkaniu, które rozpoczynało zmagania na terenie Korei Płd. i Japonii. Już przed meczem eksperci zastanawiali się, czy reprezentacja która ma w planach wywalczyć końcowe zwycięstwo nie będzie negatywnym bohaterem niespodzianki, biorąc pod uwagę fakt, że występ jej głównej gwiazdy okazuje się niemożliwy. Po spotkaniu potwierdziło się, że Francja bez Zidane’a traci swój charakter. Akcja stworzona przez dwóch Senegalczyków – El Hadji Dioufa i Papa Bouba Diopa przyniosła bramkę która spowodowała, że Dakar przez kolejną dobę świętował nie myśląc o śnie. Jako, że niespodzianki w piłce nożnej przeze mnie zawsze są mile widziane ( notabene często oznaczają awans polskich drużyn) mnie także ucieszył taki wynik. Reprezentacja z Afryki pokazała, że w piłce nożnej nic nie jest pewne, a z połączenia woli walki i sumiennego wywiązywania się z poleceń taktycznych można osiągnąć złote rezultaty. Efekt był taki, że Senegal wywalczył awans z grupy, a Francuzi spotkali się na lotnisku z naszą reprezentacją. Widocznie im akurat jak i Polakom (tutaj połączmy przeszłość z teraźniejszością) ta alchemia znana nie była.

9.

Dla większości moich znajomych cała Serie A to niesmaczna porcja nudy z ziewaniem w formie deseru. Gra polegająca na jak najdłuższym przetrzymywaniu piłki na swojej połowie. Dlatego takie mecze jak ten, są przeze mnie wyczekiwane z należytym zniecierpliwieniem. W końcu miło jest zobaczyć, gdy Milan odprawia z kwitkiem Manchester United. Spotkanie to było miłą odskocznią od ogólnego kryzysu, z którym Rossoneri się borykali. To spotkanie dało awans, ale nie tylko. Pokazało Milan który pokochałem oglądać gdy robiłem to pierwszy raz i Milan który oczekuję oglądać. Emocje i piękno pozwoliło zapomnieć o kalkulacji związanej z zasadą mecz + mecz. Nawet cel którym był finał z Liverpoolem i rewanż za … (pozostawmy lukę) stracił na wartości. Zawodnicy Ancelottiego spowodowali, że już od 10 minuty fanatycy Manchesteru nerwowo spoglądali na zegarek. Chociaż teraz czuję subiektywną przesadę w tych słowach, to nikt nie może stwierdzić, że Milan nie zdemolował rywala. Na potwierdzenie zapraszam niżej. RETE RETE RETE !


8.

Ktoś może powiedzieć „ Co z tego?” , „ Co nam to dało?” . Jednak nie sposób się nie cieszyć gdy nasze „Orły” złapią w swoje szpony większą zdobycz niż np. Singapur.  Miło zobaczyć różnicę jakości, mniej miło uświadamiać sobie, że ta jakość przychodzi z systematycznością nowych odmian grypy – najczęściej raz na rok. Po nieudanym, żeby już nie pisać tragicznym, spotkaniu na mundialu w 2002 prognozy nie były optymistyczne. Jednak Polska pod ręką Leo zagrała swoje dwa najlepsze mecze i nie pozwoliła, aby po 90 minutach była zmuszona opuszczać murawę ze spuszczoną głową. Gdy Grzegorz Bronowicki zakładał kolejną popularną siatkę Cristiano Ronaldo, to zęby same aż pchały się na zewnątrz by móc to zobaczyć ( na przemian w formie uśmiechu i zamurowania ). Wszystko okraszone głosem Dariusza Szpakowskiego, który mimo krytyki która ostatnio na niego spada, jak nikt inny potrafi uzupełnić klimat widowiska piłkarskiego. Więcej nerwów przyniósł ze sobą na pewno remis 2:2 i to on zajmuje 9. pozycję. Bramka Krzynówka spowodowała, że w całej Polsce grawitacja została poddana próbie. Podskok po tym strzale w geście radości był obowiązkowy. Faktycznie „kropnął” ;]

7.

Wspomniałem już o zdemolowaniu Manchesteru przez Milan. Nie mogę niestety zapomnieć wydarzeń wcześniejszych, gdy edycja Ligi Mistrzów przynosiła nam kolejne niespodzianki, niesamowite mecze i fascynujące widowiska. Są spotkania do których podchodzi się jako kibic z uczuciem niepewności, ale są także i te, mające na celu być tylko formalnością. Wraz z momentem rozpoczęcia przez Deportivo spotkania nic nie zapowiadało, że za dwie godziny humor się troszkę odmieni. Akurat zobowiązałem się do napisania pomeczówki po tej potyczce. Nie trudno dojść do wniosku, że ten tekst był najtrudniejszym jaki przyszło mi napisać ( sportowy, bo jednak wypracowań z chemii i fizyki nie sposób pokonać), ponieważ opisanie, co wydarzyło się tego wieczoru na Riazor nie było wykonalne. Gdy już na samym początku Tomasson oddał pierwszy strzał w kierunku bramki Moliny, pewność co do awansu tylko wzrosła. Co było później?. Pandiani, Valeron, Luque, Fran. Po meczu.

6.

„Kiedyś Widzew…” . Ile można? Każdy polski kibic co roku z nadzieją ogląda występy polskich klubów w europejskich pucharach. Czasem Liga Mistrzów była blisko (Wisła-Panata), innym razem Lech walczył dzielnie w Pucharze UEFA/Lidze Europejskiej. Jednak najmilej wspominam sezon 2002/2003. Kosowski, Szymkowiak, Żurawski, Uche. Można tak wymieniać i cieszyć się, że miało się okazję oglądać grę tych piłkarzy podczas rozgrywek PU ze wspomnianego sezonu. AC Parma to pierwszy ciężki zespół na drodze Białej Gwiazdy w tych rozgrywkach. Po losowaniu euforii na pewno nie było. Mutu, Gilardino, Nakata, Frey, Bonera, czy Donati to piłkarze dzisiaj znakomicie znani. Pierwsze spotkanie na wyjeździe chociaż zakończyło się porażką 1:2, pozwalało dzięki bramce na wyjeździe z optymizmem patrzeć na przyszłość, mając do rozegrania spotkanie na Reymonta. Henryk Kasperczak twierdził, że jeśli uda się nie stracić bramki u siebie to wszystko może się wydarzyć. Taki scenariusz utrzymywał się tylko do 6 minuty, kiedy to bramkę strzeliła inna gwiazda  dzisiejszej piłki, Brazylijczyk Adriano. Wydawało się, że awans w meczu z Włochami jest już nieosiągalny. Wydawało się.

5.

Pierwszą piątkę zamyka spotkanie, którego głównym aktorem także był polski zespół. Obecnie niestety już po połączeniu z Czarnymi Koszulami nie występuje w ekstraklasie, a szkoda bo dla polskiej piłki w ostatniej dekadzie zrobił wiele dobrego. Groclin może nie wygrał w dwóch spotkaniach z Manchesterem City, ale bramka z rzutu wolnego (którego raczej nie powinno być, ale kto teraz o tym pamięta) Sebastiana Mili dobrze zapisała mi się w pamięci i z chęcią ją sobie przypominam. Po spotkaniu Tomasz Wieszczycki mówił, że to on miał być wykonawcą tego rzutu wolnego. Młody, wtedy jeszcze, były reprezentant Polski zapytał go, czy to on może spróbować zaskoczyć Davida Seamana. Chwała mu za to, bo zaskoczył nie tylko jego, ale także wszystkich fanatyków „The Citizens”. To co, że później gospodarze wyrównali? To co, że Groclin później szybko odpadł? Mecz był wyjątkowy i trzymał w napięciu. Dlatego myślę, że ta pozycja nie jest krzywdą dla reszty.

_____________________________________________

Koniec części pierwszej. Postanowiłem podzielić moją dziesiątkę na dwie części. Lektura na 5 stron raczej nie byłaby dobrze widziana, dlatego na dalsze opisy przyjdzie pora w niedalekiej przyszłości. Tymczasem idę obejrzeć mecz Francja – Senegal, znaleziony przy okazji tworzenia tego wpisu na youtube.pl  ;]

Pozdrawiam,

Leliv.

02
lut
10

Podsumowanie Mercato*.

W momencie kiedy dzisiejszej nocy wskazówki zegara wspólnie zatrzymały się na liczbie dwanaście, wszystko już było jasne. Wraz z rozpoczęciem dzisiejszego dnia zakończył się okres, który dla kibiców włoskiej piłki nożnej zawsze jest momentem ciekawym i pełnym emocji. Najbliższe tygodnie pozwoliły podsumować pracę scoutów rozesłanych po całym świecie w celu odnalezienia piłkarza, który swoją osobą doleje paliwa do baku i pomoże rozpędzić swój klub w celu uzyskania jak najlepszej lokaty, podczas tej jakże trudnej, bo skróconej rundy rewanżowej. Skończyło się Mercato i chociaż można pomyśleć, że zima rozleniwiła włodarzy klubu, to jednak paru ciekawych zmian w zespołach Serie A możemy się dopatrzyć.

Trudno się dostać na szczyt, ale jeszcze trudniej jest się na nim utrzymać. Dobrze o tym wie Massimo Moratti, właściciel Interu Mediolan. Mimo, że już przed sezonem potencjał którym mogli się poszczycić Nerazzurri jasno stawiał ich w roli faworyta do końcowego zwycięstwa, to jednak Jose Mourinho niezmiennie twierdzi, że wykonanie w stu procentach celów przed nim postawionych jest możliwe tylko, jeśli zarząd sumiennie będzie sprowadzał graczy z jego listy życzeń. Pamiętajmy, że oprócz Scudetto Inter chce wygrać także tegoroczną edycję Ligi Mistrzów. Portugalski trener wie ze swojego doświadczenia, że uda mu się tego dokonać jedynie, jeśli na ławce będzie miał do dyspozycji klasowych zmienników. Innej drogi do zwycięstwa w tych elitarnych rozgrywkach nie ma.

Receptą na zwiększenie efektywności w ofensywie ma być ściągniecie w szeregi Interu najlepszego piłkarza w historii piłki macedońskiej, Gorana Pandeva. Każda osoba, która chociaż trochę interesuję się włoską ligą zna klasę tego napastnika. Na korzyść tego transferu przemawiał także fakt, że zawodnik rozwiązał niedawno swój kontrakt z Lazio Rzym i po akceptacji umowy mógł od razu przywdziać trykot niebiesko-czarnych. Macedończyk początek ma znakomity. W czterech spotkaniach już dwukrotnie znalazł receptę na umieszczenie piłki w siatce. Szeregi Interu opuścił natomiast Patrick Vieira. Zawodnik ten najwidoczniej odczuwa dalej sentyment do Premiership, ponieważ szybko przystał na ofertę złożoną przez swojego byłego trenera, a obecnie szkoleniowca Manchesteru City, Roberto Manciniego. Fakt ten spowodował, że Inter do ostatnich chwil okienka sumiennie pracował, aby po tym ubytku wzmocnić środek pola. Nie udało się pozyskać Ladesmy, tak samo rozmowy z Palermo na temat Fabio Simplicio okazały się bezowocne. Gdy już wydawało się, że Massimo Moratti spasował na rynku transferowym w ostatnich chwilach swoje sidła postanowił zarzucić na innego zdolnego pomocnika. AC Parma zaakceptowała ofertę transferu McDonalda Marigi i w następnej rundzie ten wysoki i szybki zawodnik będzie ciężko walczył o miejsce w środku pola z Mottą i Muntarim.

W drugim wielkim klubie ze stolicy Lombardii także ostro pracowano nad uzupełnieniem kadry. Jak to w mediach bywa, spekulacji było wiele i łącząc wszystkie propozycje „czwartej władzy” można by stworzyć ciekawy i solidny zespół. Jednak skuteczności dziennikarze w swoich osądach (stety lub niestety) nie mieli ponownie i tylko na uzupełnieniach się skończyło. Już dawno było wiadomo, że znów na San Siro zawita były kapitan reprezentacji Anglii, David Beckham. Nikogo nie dziwi, że w Mediolanie ten zawodnik czuje się jak ryba w wodzie. Powodem dla którego zdecydował się na ponowną grę dla Rossonerich są zbliżające się Mistrzostwa Świata. Jedynie dobre występy na najwyższym poziomie przekonają Fabio Capello do zabrania jego osoby na mundial. Myślę, że jeszcze kilka razy w tym sezonie zachwyci nas fanów swoimi dośrodkowaniami, czy bramkami z rzutów wolnych i udowodni, że wciąż ciężko pracuje, by móc być wymienianym jako główny kandydat do zajęcia miejsca na prawym skrzydle reprezentacji Anglii.

Jednak drogi łatwej na pewno nie będzie miał, biorąc pod uwagę fakt, że wczoraj doszło do porozumienia na linii Milan-Inter. Skutkiem tego jest zmiana barw niebiesko-czarnych na czerwono-czarne przez Manciniego, kolejnego ofensywnie usposobionego gracza. Mimo zupełnie nieudanej przygody u lokalnego rywala, włodarze Milanu mają nadzieje, że zawodnik przypomni sobie dobre czasy, gdy w barwach AS Romy z niesamowitą swobodą i luzem potrafił minąć dwóch, trzech przeciwników rywala, czy dograć idealną piłkę do napastnika. Siła ofensywna z pewnością zyska na tych dwóch transferach. Jednak mnie, jako fana właśnie Rossonerich, martwi brak wzmocnień w formacji wymagającej najwięcej świeżości. Chodzi mi oczywiście o defensywę. Ostatnie spotkanie derbowe pokazało dokładnie luki na bokach obrony. Abate to wciąż nie ‘nowy Cafu”. Mimo, że uważam go za solidnego gracza, który może w przyszłości wnieść dużo jakości, to tak samo jestem zdania, że na razie nie jest w stanie prezentować równej formy podczas całego sezonu. Nie może jeszcze zagwarantować ekipie Leondardo spokoju i pewności, tak jak to robili swojego czasu wspominany Brazylijczyk, Serginho podczas najlepszych sezonów, czy Maldini gdy wystawiany był na lewej stronie. Błąd przy akcji Milito musiał mieć tragiczny koniec, a strata takich bramek automatycznie oznacza, że zespół sam siebie eliminuje z walki o najwyższe cele.

W stolicy Włoch także zaszły niewielkie zmiany. Na ciekawy powrót zdecydował się Luca Toni, który chce odbudować swoją formę przed mundialem. Kto wie, czy nie wybrał najlepiej jak mógł zmieniając zatłoczony napastnikami Bayern na grającą ładną ofensywną piłkę AS Romę. Przyznam, że jest to jeden z moich dwóch ulubionych włoskich napastników (zwycięstwo na zawsze w tej kategorii przypadać będzie SuperPippo) dlatego mam nadzieje, że proces odrodzenia w jego przypadku będzie przebiegał znakomicie. Wejście ma podobne do Pandeva, tak jak on zdołał już dwukrotnie pokonać bramkarza w czterech spotkaniach ( jednak będąc dokładniejszym sposobu na strzały Toniego nie miał tylko Marco Amelia z Genoi ). Mojego zadowolenia związanego  tym transferem zapewne nie podziela natomiast Stefano Okaka. Młody napastnik musiał zwolnić miejsce doświadczonemu Włochowi i został wypożyczony do angielskiego Fulham. Może tam uda mu się rozwinąć skrzydła, bo talent który posiada na pewno opłaca się oszlifować. Lokalny rywal Giallorossich, Lazio Rzym na pewno do dziś pluje sobie w brodę, myślac jak zmarnowali okazję zarobku na Goranie Pandevie. Jeszcze przed sezonem do siedziby klubu wpływały ciekawe oferty opiewające na kwoty dochodzące do 30 mln euro. Zachcianki prezesa Claudio Lotito były jednak jeszcze większe. Wszystko skończyło się na prawnym rozpatrzeniu sprawy i w ten sposób Pandev dostał pozwolenie na rozwiązanie kontraktu. Chytry traci dwa razy. Brak tych pieniędzy mocno zawężał możliwości klubu ze stolicy i wszystko skończyło się na ściągnięciu niemieckiego pomocnika Thomasa Hitzlspergera z VFB Stuttgart. Były zawodnik m.in. Aston Villi znany jest z mocnego uderzenia z dystansu i solidnej gry w środku pola. W jakim stopniu pomoże on zniwelować skutki straty Pandeva?

Nawet najlepsi zawodnicy świata nie wygrają niczego znaczącego, jeśli nie będzie nimi kierował odpowiedni trener. Zarząd Juventusu nie był (i nie mógł być) zadowolony z ostatnich osiągnięć Bianconerich. Słaba postawa w Lidze Mistrzów i w Serie A musiała w końcu odbić się czkawką i większość fanów zespołu z Turynu tylko wyczekiwał wiadomości o zwolnieniu Ciro Ferrary. Jego następcą został Alberto Zaccheroni, trener który w 1999 roku doprowadził Milan do mistrzostwa Włoch, co na pewno jest najjaśniejszym momentem w jego trenerskiej karierze. Wiele osób związanych z piłką nożną negatywnie podchodzi do tej nominacji. Za argumenty podają fakt, że nowy szkoleniowiec „Starej Damy” często preferował grę trójką obrońców. Zmiana taktyki w  środku sezonu może okazać się znamienna w skutkach. Swoją krytykę wyraził nawet Zvonimir Boban w słowach : Juventus pokazał brak stylu poprzez zawarcie takiej umowy, tak, jak Zaccheroni, akceptując rolę tymczasowego trenera. Jedynie przyszłość zna odpowiedź na pytanie jak potoczą się losy Juventusu. Trzeba więc uzbroić się w cierpliwość i spokojnie czekać na pierwsze owoce pracy Zaccheroniego.


Jeżeli wezmę pod lupę resztę zespołów Serie A, to najciekawszymi transferami w mojej ocenie może pochwalić się AC Parma. Mimo utraty Marigi zyskała (w  formie rozliczenia ) Luisa Jimeneza (wypożyczenie) oraz Jonathana Bimbana (współwłasność). Jednak największe wrażenie robi powrót gracza, który dziesięć lat temu był jednym z  ulubieńców kibiców. Mowa oczywiście o snajperze z górnej półki, Hernanie Crespo. Można zarzucić mi subiektywność (były zawodnik Rossonerrich), ale jeśli ten zawodnik ponownie odnajdzie swój instynkt strzelecki to może spowodować, że AC Parma szybko awansuje w tabeli o kilka oczek. W ataku zbroi się także Fiorentina. Od lutego na stadionie Artemio Franchi swoje umiejętności będą mieli okazję przedstawić dwaj zawodnicy którzy znani są dobrze wszystkich scoutom największych klubów Europy. Na wypożyczenie z Barcelony do stolicy Toskanii przeszedł Keirrison. Jeszcze niedawno klub z Katalonii wykładał za tego piłkarza ponad 10 milionów euro, aby ubiec w pościgu o jego kartę AC Milan, Chelsea Londyn, czy Real Madryt. Drugim graczem jest utalentowany zawodnik rodem z Serbii. Dla wielu Adem Ljajic, bo o nim mowa, posiada talent przynajmniej na miarę Bojana Krkica. Nie wiem, czy słowa te są wspierane rozczarowaniem, że zdolny napastnik Barcy reprezentuję jednak Hiszpanię, ale jednak czuję że ten gracz będzie ciekawym wzmocnieniem. Kolejną szanse na podbicie Europy daje sobie Maxi Lopez. Zaczyna tym razem od niższych progów. Kolejną przystanią w jego karierze będzie zespół Catanii. Śladami Toniego poszedł także Dossena, który zdecydował się na powrót do Włoch. Kurs który obrał to Napoli, zespół który ma duży potencjał, a także ambicję która pozwoli się rozwinąć byłemu zawodnikowi Liverpoolu.

Tradycyjnie już zimowy okres transferowy nie był tak emocjonujący jak jego letni odpowiednik. Właściciele klubów boją się szeroko otwierać drzwi przed nowymi zawodnikami, odczuwając strach, że zbyt wielkie zmiany podczas okna spowodują jedynie przewiew, który w efekcie wprowadzi wielki nieład. Nie sądzę, by któryś klub zadowolił się taką sytuacją. Celem tego Mercato jest raczej w razie potrzeby znalezienie właśnie w chaosie środku na spokój. Najbliższe miesiące przedstawią nam wszystko. Spektakl rozpoczyna się na nowo, a kilka zmian w obsadzie tego widowiska na pewno spotka się z akceptacją kibiców. Zapraszam serdecznie na wspólne emocjonowanie się drugą częścią sezonu ;]

_______________________________

* Wybrałem moim zdaniem najciekawsze transfery z tego Mercato. Nie skupiałem się na zawodnikach, którzy w najbliższym czasie mają swoje umiejętności przedstawić w Primaverze.

Leliv.




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.