Tak! Przepiękny moment na reaktywację! Sesja już pozdrawia z bliska szyderczym uśmiechem, więc mała porcja ignorancji się przyda – niech straszy gdzie indziej ;]. Piłka nożna ponownie wita nas na europejskich stadionach. Przerwa zimowa kończy się w poważniejszych ligach. PZPN natomiast dalej rozpieszcza naszych ligowych bohaterów. Niech chłopy mają czas na obejrzenie w spokoju kilku piłkarskich spotkań( prawdziwych piłkarskich spotkań), a co! Moja przerwa, jak teraz patrzę, trwała ‘niewiele’ dłużej. Po kilku miesiącach posuchy wracam do trafiania w klawisze. Panno Gramatyko, bój się zatem ponownie!
________________________________________________
Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej trwają w najlepsze. Jak to u nas często bywa, każdy jest teraz ekspertem szczypiorniaka, historię tego sportu ma na te kilka tygodni w małym paluszku, a każdy kto ma inne zdanie to chuj. Chuj dęty! Tradycja jest przecież tradycją, zmieniać ją głupio. Chociaż sam często siadam przed ‘sportową’ Dwójką, aby zabić wieczorne godziny trzymając kciuki za naszych sportowców (nie mylić z piłkarzami), to jednak z bycia pseudoekspertem zrezygnuje. Dziękuję, pozostanę przy formie piłki kopanej – dla wielu obecnie bardziej monotonnej. „Bo czym się można pasjonować przy wynikach 1:0, 2:1, 3:0 ?” Odpowiedzi jest wiele, np. taka. „Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe.”. Te słowa Kazimierza Górskiego do znudzenia są cytowane przez wielu sympatyków futbolu. Prostota i trafność tego stwierdzenia czyni je ponadczasowym. Kibic piłkarski nie uznaje zasady, że minuta trwa 60 sekund, a zwykłe spotkanie piłkarskie 90 minut. Gdy Twoja drużyna wygrywa, każda kolejna minuta jakby drwi z nas przedłużając się w nieskończoność. Sekunda jest minuta, a minuta godziną – żadne prawa tego nie opiszą. Sytuacja jest proporcjonalnie odwrotna w sytuacji, gdy gonić wyniku nie musi przeciwnik. W takich momentach liczba wierzących w Boga drastycznie wzrasta – wszyscy się modlą. W końcu pozostaje tylko nadzieja.
Dla kibiców Czerwonych Diabłów cuda istnieją, ale są błahe. Bo niby czym są przy wydarzeniach z finału Ligi Mistrzów z roku 1991? Wieczór ten w wyjątkowy sposób zapisał się w historii piłki nożnej, stał się jakby jego reklamą, wizytówką. Nikt nie wie, który finał był bardziej dramatyczny – Manchester – Bayern, czy Milan – Liverpool? Jednak nikt się nad tym bardziej nie zastanawia, bo po co? Pomiędzy pięknem i pięknem wybiera się dwa piękna. W takich sytuacjach warto być pazernym, aby móc to wszystko przeżyć. Cudna walka do końca w obu spotkaniach dała się kibicom we znaki, ale skupmy się teraz na spotkaniu z Barcelony. W 89 minucie Stefan Effenberg wybija piłkę na rzut różny. Sekundy mijają, a bramka Baslera wciąż pozostaje decydującą. I wtedy nagle stało się. Euforia angielskich kibiców. Mecz rozpoczyna się od początku. Lecz nieszczęśliwie dla Bayernu trwa niecałą minutę. Po niej jest już 2:1. Kibice są w amoku, piłkarze płaczą – jedni i drudzy. Nawet sir Ferguson przestaje rzuć gumę. Tego dnia piłkarska historia poczęła nowego syna.
Euro 2008 zostanie przeze mnie szczególnie zapamiętane. Czynnikiem decydującym były poczynania Turcji na boiskach Austrii i Szwajcarii. Ivan Klasnic po spotkaniu Chorwacji właśnie z reprezentacją Fatiha Terima nie potrafił znaleźć sposobu na pokonanie Turcji. „Właściwie to nie wiem, co doradzić Niemcom. Najlepiej w dwóch ostatnich minutach strzelić Turkom dwie bramki, może wtedy nie będą w stanie odpowiedzieć. Ale i to nie jest pewne. Nasz gol w przedostatniej minucie dogrywki na 1:0 okazał się niewystarczający. Wiedzieliśmy, że oni potrafią włączyć w końcówce turbodoładowanie. Grają wtedy szaleńczy, ofensywny futbol na złamanie karku. I za każdym razem przynosiło to rezultat.”
Rezultat ten dla wielu jest niepowtarzalny. Ponownie cytując najlepszego polskiego trenera w historii – „Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już to nie jest szczęście.” Więc patrząc na spotkanie Turków z Czechami z fazy grupowej, do głowy przychodzi tylko jedno pytanie: Jak to nazwać?
Także i polska piłka pozwala czasem, nam Polakom, wyskoczyć w geście euforii. Chociaż niestety takiej dumy jak Tureccy kibice pewnie jeszcze długo nie zaznamy, to jednak podobno „małe też cieszy”(ehe). Przeglądając spotkania z ostatniej dekady najbardziej w pamięci utkwił mi chyba strzał, którego owoce mogą (mam, głupią, ale nadzieje!) w końcu karmić nas do syta w najbliższych latach. I tym sposobem trafiamy na ul. Bułgarską.. 2 października 2008 roku na stadion Lecha przyjechała Austria Wiedeń. Waga spotkania duża – tradycyjnie chodzi o duży prestiż łączony z jeszcze większymi pieniędzmi za udział w fazie grupowej Pucharu UEFA. Po 90 minutach wciąż nic nie było rozstrzygnięte, potrzebna była dogrywka. W niej do 119 na tablicy widniał wynik 3-2, który premiował awansem ekipę z Austrii. Wtedy, jeden (niestety) z niewielu razy oglądając spotkania z polskim akcentem, zdarzyło mi się pochwalić w chacie przedziwnym tenorem (no gdzie mi tam do basu).
Jest czym się więc pasjonować i w piłce nożnej. Akurat tutaj nawiązałem tylko do szczegółu całości, jakże pięknej, prawdziwej, naturalnej i ciekawej. Chociaż wiem sam, że na futbol choruję, to jednak ta infekcja jest przeze mnie pożądana. Delektuję się nią, bawię i wykorzystuję w całości. Więc trwam w tym dalej, czekając na kolejne, lecz tym razem futbolowe, mistrzostwa.
_________________________________________________
Teraz, jakże przyjemnie, wracamy do sesji. Podstawy Socjologii witają!





















